X-Plants, czyli Barszcz Sosnowskiego

Ostrzegamy przed barszczem Sosnowskiego! Ta trująca roślina masowo występuje w Beskidach (między innymi w okolicach Zawadki Rymanowskiej) i stanowi poważne zagrożenie dla turystów. Poniższy wpis, prezentujący najważniejsze informacje o barszczu Sosnowskiego, jest autorstwa Bartosza Jemioły, sympatyka SKPB Lublin (blacha 006), magistra farmacji i autora bloga Wkręcony w Zielone.


Barszcz Sosnowskiego został ponoć odkryty w roku 1772 przez ekspedycję Rosyjskiej Akademii Nauk prowadzoną przez Johanna Güldenstädta na Kaukazie. Nazwano go na cześć Dmitrija Sosnowskiego – rosyjskiego badacza flory Kaukazu. Do Polski trafił w latach 60-tych ubiegłego wieku i w wielu miejscach już pozostał.

Samej roślinie jak widać spodobał się klimat i okazała się bardzo plenna i szybko rozprzestrzeniała się na dziko, szczególnie tam gdzie ją uprawiano na paszę dla bydła. Jednym z takich miejsc były tereny PGR na Abramowie, wsi położonej w sąsiedztwie Zawadki Rymanowskiej. Barszcz, ze względu na to, iż szybko rósł, dawał dużą ilość materiału na kiszonki, które miały stanowić zimowy pokarm dla bydła (po ukiszeniu tracił właściwości parzące). Jednak nasze krasule nie chciały go jeść i po kilku latach zaniechano upraw, ale barszcz pozostał. Wędrując i spacerując po okolicach wokół naszej bazy namiotowej bardzo łatwo się natknąć na niego, dlatego trzeba zachować szczególną ostrożność zwłaszcza w tym okresie, kiedy kwitnie.

Barszcz Sosnowskiego

Dlaczego barszcz jest taki groźny? W jego soku (którego w okresie kwitnienia jest najwięcej) występują związki fotouczulające – furanokumaryny. Z soku przechodzą do komórek skóry, wnikają pomiędzy nici DNA tych komórek i pod wpływem promieni UV ze światła słonecznego ‘rozsadzają’ od wewnątrz jądro i cała komórka po prostu pęka. Dlatego oparzenia nie wystąpią od razu – miejsce musi być naświetlone promieniami UV, co trwa kilka godzin lub dni (w zależności od warunków). Po naświetlaniu pojawiają się pęcherze surowicze, jak przy oparzeniach II i III-go stopnia. Są trudne do zagojenia i pozostawiają wyraźne blizny, a dodatkowo miejsce poparzenia jest już bardziej wrażliwe i ponownie może wystąpić to samo oparzenie już po zagojeniu.

Niebezpieczny jest też pyłek z kwiatów, który również zawiera furanokumaryny. W upalny, bezwietrzny dzień chmary pyłku unoszą się w powietrzu i zostają ‘aktywowane’ przez promienie UV i taki wdychany pyłek może poparzyć nam płuca od wewnątrz (!).

Co należy robić, gdy sok znajdzie się na skórze (lub tak podejrzewamy)? Przede wszystkim dobrze miejsce umyć wodą z mydłem i osłonić przed działaniem słońca. Gdy oparzenie już się pojawi, możemy dostać od lekarza maści na oparzenia np. Argosulfan, lub maść z sterydami. Kiedy nie możemy skorzystać z pomocy lekarskiej pytajmy w aptece o jakąś maść z hydrokortyzonem (gdy pęcherze nie są uszkodzone, pęknięte) oraz np. z arniki górskiej, żywokostową. W warunkach całkowitego odcięcia od cywilizacji, gdy nie mamy wyboru można wykonać odwar z korzenia żywokostu, którym ‘nasączymy’ opatrunek z nostrzyka żółtego:

Nostrzyk żółty
Nostrzyk żółty
Żywokost lekarski
Żywokost lekarski

Kawałek korzenia żywokostu wielkości naszego palca wskazującego kroimy na cienkie plastry i zalewamy zimną wodą w ilości 250 ml.

Następnie doprowadzamy do wrzenia, gotujemy ok. 5 min., odstawiamy z ognia i dodajemy garść ziela nostrzyka. Ziele parzymy ok. 10-15minut i po wystudzeniu przykładamy na oparzenie. Można owinąć dla podtrzymania liściem szczawiu (działanie bakteriostatyczne).

 

 

Zdjęcia barszczu pochodzą ze stron http://wroclaw.pl oraz http://przetrwamy.pl