Jan Szajowski (Prezes): 508 231 617
Paweł Goleman (Zawadka): 607 062 886
kontakt.skpb.lublin@gmail.com

Aconcagua (2010)

Aconcagua (2010)

Autor: Jerzy Wnuk

Pomysł wyprawy w Andy na Aconcaguę (6959 m n.p.m.), najwyższą górę całych Andów, a jednocześnie całej półkuli zachodniej i także południowej, zaświtał w mojej głowie w r. 1980 po przeczytaniu pożyczonej od kolegi książki pt. „Wyżej niż kondory” autorstwa Wiktora Ostrowskiego, uczestnika polskiej wyprawy na ten szczyt w 1934 r. Ale dopiero po trzydziestu latach w 2010 r. pomysł ten udało się zrealizować.

Spraw organizacyjnych podjął się Wojtek Suchy z Gdańska którego poznałem dwa lata  wcześniej w czasie wyprawy na Elbrus. W składzie: Wojciech Suchy (Gdańsk) – kierownik ekspedycji, Krzysztof Kula (Gdańsk), Michał Grygiel (Gdynia), Andrzej Macha (Ruda Śląska), Jerzy Wnuk (Lublin), Michał Matląg (Poznań) udajemy się  22.01.2010 r.  z Warszawy drogą powietrzną  do Santiago de Chile.

Będąc już na miejscu stwierdziliśmy, że w ramach tzw. „rozchodniaka”, czyli aklimatyzacji, wejdziemy na wierzchołek El Plomo o wysokości 5440 m n.p.m., co zajęło nam pięć dni (duże odległości na podejściu). Było tam kompletne odludzie, spotkaliśmy w tym czasie trzy grupki wędrujących. W jednej z nich pewien uczestnik miał na głowie czapkę Wehrmachtu (ot, taka ciekawostka). Po zejściu, jeszcze tego samego dnia i po prysznicu w hostelu, udajemy się nocnym autobusem do Mendozy.

W Mendozie wykupujemy pozwolenia na wejście oraz przebywanie w Parku Narodowym Aconcagua i w niedzielę ostatniego dnia stycznia autobusem linii Expreso Uspallata udajemy się do Puente del Inca. Następnego dnia docieramy, idąc (ok. 40 km) piękną Doliną Jaskółek (Horcones), do Plaza de Mulas, głównej bazy wyprawowej na szczyt, położonej na na wysokości 4340 m n.p.m.

Drugiego lutego, po obowiązkowych badaniach kontrolnych lekarza (saturacja i ciśnienie krwi), kilku kolegów wyrusza o „piętro wyżej” do kolejnego miejsca biwakowego, a jest ich w drodze na szczyt cztery (ja zostałem w bazie). Następnego dnia znowu się spotykamy w bazie, gdyż wredna pogoda zgoniła ich na dół. Kolejnego dnia ja sam wyruszam wyżej, oni zostają. I tak, wędrując każdy swoim tempem, mijając się, spotykając w pośrednich bazach, dziewiątego lutego 2010 r. Wojtek, Michał M. i ja (wprawdzie każdy oddzielnie) stanęliśmy na szczycie Aconcaguy 6959 m n.p.m.!!!

Pozostała trójka kolegów zawróciła z różnych powodów (silny ból głowy, za lekko ubrany, bardzo silny wiatr z ponad dwudziestostopniowym mrozem itp.). Następnego dnia po noclegu w tzw. „Berlinie” Michał G. także stanął na szczycie. 

Powrót wyglądał oczywiście w podobny sposób, każdy swoim tempem.  Zapewne sama akcja górska nie przebiegała szablonowo, tylko bardziej przypominała indywidualną akcję sześciu „górołazów” niż profesjonalne działania grupy wspinaczy i choć czasem mieliśmy siebie nawzajem dosyć,  to jednak uważam że wyjazd  był udany i cieszę się, że mogłem dzielić ten sukces ze wspaniałymi kolegami „po fachu”.

Po przyjeździe do Mendozy Wojtek, Michał G. i ja wynajęliśmy samochód (pozostali koledzy mieli inne bilety na samolot) i pojechaliśmy na północ „wokół Argentyny”, dojeżdżając do Brazylii, granicy z Paragwajem i Urugwajem i robiąc przez osiem dni ponad 3500 km, kończąc w Buenos Aires. Odwiedzaliśmy takie znane miejsca jak „Dolina księżycowa” , „Wodospady Iguazu” (strona brazylijska) oraz wiele, wiele, i jeszcze raz wiele innych ciekawych miejsc. Opisanie tego wszystkiego zmieściło by się w niezłej książce. Cała eskapada zajęła nam ok. sześciu tygodni.