Jan Szajowski (Prezes): 508 231 617
Paweł Goleman (Zawadka): 607 062 886
kontakt.skpb.lublin@gmail.com

W krainie zorzy polarnej

W krainie zorzy polarnej

Zapraszamy do zapoznania się z kolejną relacją z wyjazdów organizowanych przez członków SKPB Lublin. Tym razem publikujemy wspomnienia Bartka Jemioły z jego podróży do Norwegii tropem zorzy polarnej 🙂

W krainie zorzy polarnej

Od pewnego czasu śledziłem informacje o zwiększonej aktywności słońca, która miała zaowocować większym prawdopodobieństwem występowania zorzy polarnej. W głowie zrodził się na początku nieco szaleńczy pomysł ‘wyskoku’ na daleką północ, wpierw samemu z namiotem. Na szczęście ujawnił się Paweł ze swą propozycją wyjazdu i obyło się bez ewentualnych odmrożeń… Ekipa uzbierała się ponoć w ciągu jednego dnia w składzie: Paweł, Jarek, Magda, Tomek, Ewa, Karolina i Marlena.

Plan zakładał dojazd na Lofoty, norweski archipelag położony za kołem podbiegunowym, zaś trasa dojazdu, cytując Pawła, przedstawiała się następująco: „Wpierw autobus, potem pociąg na lotnisko, samolot do Oslo Torp, potem busik do centrum Oslo, tramwaj, pociąg do Bødo (18h!), z przesiadką w Trondheim, piechotą na przystań promową, busikiem na inną przystań promową, promem do Moskenes i autobus do Hamnoy”, nie licząc mojego dojazdu do Lublina 🙂 

Atrakcji po drodze nie zabrakło. Pierwsza oczywiście już na lotnisku w Oslo, gdzie pośród naszych rodaków wyglądaliśmy na tyle egzotycznie z wielkimi plecami turystycznymi, że nasza trójka (Paweł, Karolina i ja) zostaliśmy od razu zgarnięci do kontroli osobistej. Przy standardowej procedurze prześwietlenia bagażu Pawła, na ekranie kontrolera pojawiło się kilka okrągłych przedmiotów wielkości min przeciwpancernych… Lecz niemniejsze były oczy samego kontrolera, gdy po nakazaniu otwarcia bagażu, okazało się, że to były… chlebki litewskie, kupione umyślnie na wyprawę, gdyż bardzo długo zachowywały świeżość. A po usłyszeniu odpowiedzi na pytanie o cel przylotu – fotografowanie zorzy polarnej, kontrola skończyła się natychmiastowo.

Następnego, słonecznego, aczkolwiek nieco zimnego dnia (-16 stopni), czas upłynął nam na zwiedzaniu Oslo, zaś już o 23.00 mieliśmy pociąg do Bødo. Po 18-godzinnej przejażdżce dotarliśmy na miejsce, gdzie po następnych 8 godzinach czekania na prom usłyszeliśmy, że prom „is late”… W końcu wchodzimy na pokład ok. 3:30, co miało, jak się okazało swój plus, bo dane nam było obejrzeć zimowy wschód słońca za kołem podbiegunowym. 

Fot. Bartosz Jemioła

Fot. Bartosz Jemioła

Po dotarciu na miejsce noclegu, mimo nie wyspania zawładnął nami szał pięknej pogody i ruszyliśmy na zwiedzanie. Uderzył nas unoszący się w powietrzu prawdziwie morski zapach suszonego, twardego jak sztacheta dorsza czyli sztokfisza. Wysuszone mięso jest głównie eksportowane, między innymi do Hiszpanii, a raz do roku, w norweskie święta, przyrządza się z niego tradycyjną zupę. Przepis, podany nam przez tubylców, jest dosyć ciekawy – najpierw rybę moczy się przez 6 dni w ługu sodowym, potem 6 dni w wodzie, a następnie z powstałej papki gotuje się zupę… 

Po południu szybki obiad i zaczęło się oczekiwanie na zorzę. Ustaliliśmy wachty, dzieląc się sprawiedliwie godzinami, ale i tak nikt nie mógł tej noc zmrużyć oka.  Pierwszej nocy, mimo bezchmurnego nieba, zorza była raczej nieśmiała i dosłownie tylko mrugnęła do nas okiem, a przez niektórych była określona jako „ćwiczebna”. 

Następnego dnia ambitny plan zakładał zwiedzenie jednej z zatok leżących po drugiej stronie archipelagu. Gdy wchodziliśmy na promik, który miał nas zabrać, zobaczyliśmy kolejną bezcenną minę zdziwienia u Norwega, bo chcieliśmy nie tylko standardowo opłynąć fiord, ale też wysiąść jednej z czynnych tylko latem wiosek – Vinstad. 

Fot. Bartosz Jemioła

Fot. Bartosz Jemioła

Pogoda znów okazała się łaskawa i karty aparatów szybko się zapełniły widokami. Około 15.00 byliśmy już z powrotem na przystani, skąd mieliśmy wracać do bazy. Wszystkim cisnęło się na myśl jedno – czy prom po nas wróci? Wrócił, do tego zostaliśmy przeliczeni przy wchodzeniu na pokład, czy aby nikogo nie zostawiliśmy. 

Fot. Bartosz Jemioła

Fot. Bartosz Jemioła

Wieczorem kolejna niespodzianka – w całym Hamnøy padł prąd przez „rekordowe” mrozy – 12 stopni na minusie (tutaj trzeba zaznaczyć, że Lofoty, mimo położenia za kołem podbiegunowym, posiadają dość łagodny klimat, ze względu na opływający je ciepły Golfstrom). Posiłek, i znów czekanie…Ale tym razem zorza nie trzymała się dłużej w karbach i „zatańczyła dla nas”. 

Fot. Bartosz Jemioła

Fot. Bartosz Jemioła

Fot. Bartosz Jemioła

Fot. Bartosz Jemioła

Nazajutrz pogoda się już popsuła, zresztą po kilku intensywnych dniach chęć eksploracji spadła w nas niemal do zera (chyba, że eksploracji pobliskich sklepów 🙂 ). Zorzy też się widocznie znudziło, bo w nocy się pojawiła tylko na kilka chwil. Rano wczesna pobudka, żeby zdążyć na prom (a przy okazji zaliczyć kolejny wschód słońca) i ruszyć w prawie 3 – dniową podróż powrotną do Polski. 

Fot. Bartosz Jemioła

Fot. Bartosz Jemioła

Jak się później okazało, mieliśmy też trochę pecha – po naszym wyjeździe aktywność słońca była jeszcze większa, a zorza była piękniejsza (nawet widoczna w Polsce, pod Lublinem). Na pociesznie nam został fakt, że według miejscowych mieliśmy prawdziwe okno pogodowe podczas naszego pobytu na Lofotach.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.