Grażyna Wnuk (Prezes): 500 481 405
Paweł Goleman (Zawadka): 607 062 886
kontakt.skpb.lublin@gmail.com

Spitsbergen (2016)

Spitsbergen (2016)

Autor relacji: Jemioła

Wszystko zaczęło się od Zawadki… Bo w zasadzie wszelkie dobre sprawy w jakiś niesamowity sposób tam mają swój początek. Na jednym z naszych zjazdów kołowych udało się zawiązać temat zimowej wyprawy do ‘Wrót Bieguna Północnego’ czyli na Spitsbergen.

Pomysł rzucony na forum dyskusyjnym szybko przerodził się w plan działania, którego następstwa zaowocowały wyjazdem do miejsca, gdzie od czasu rozpoczęcia badań Arktyki zaczynało się wiele różnych wypraw polarniczych na Biegun Północny.

Dla mnie, jako osobnika zaczytującego się w młodości w opowiadaniach Czesława Centkiewicza, polskiego polarnika, który opisywał trudy i niebezpieczeństwa związane z eksploracją nie do końca poznanych wówczas północnych stref naszego globu, taka wyprawa była nadzwyczajną możliwością spełnienia marzeń młodzieńczych o przygodzie i doznania na własnej skórze (dosłownie! – jak się później okazało) małej namiastki tego, co musieli przeżywać polarnicy przemierzający niezbadane tereny.

Logistyka wyjazdu poza oczywistymi aspektami transportu na miejsce i kompletowaniem sprzętu (m.in. pulek norweskich, czyli specjalnych sanek oraz np. telefonu satelitarnego)  obejmowała również zabezpieczenie się przed atakami niedźwiedzi polarnych. A dla białych misiów człowiek zakutany w śpiwór jest niczym tortilla podana na ciepło (pomijając podobieństwo do foki)…

Właśnie dlatego ograniczyliśmy naszą wędrówkę do strefy dziesiątej (na Spitsbergenie, w uproszczeniu, wyznaczone są specjalne strefy w zależności od liczby występujących niedźwiedzi), ponadto Mateusz zrobił kurs strzelecki, który warunkował możliwość wypożyczenia broni palnej na miejscu. Zaopatrzyliśmy się też w specjalny system sygnalizujący wtargnięcie misia do obozu, a na miejscu musieliśmy przestrzegać procedury przechowywania i przygotowania posiłków poza namiotami.

Trasa przejścia obejmowała pętlę ze startem i końcem w Longyearbyen, stolicy Svalbardu, poprzez rosyjskie miasteczko Barentsburg.

 

 

Po dotarciu na lotnisko Longyearbyen dokonaliśmy szybkiego przepaku naszych rzeczy i przysposobienia sprzętu (uwarunkowanego czasem, bo za chwile miał dotrzeć kolejny lot, a to oznaczało masowy napływ osób do ciasnego dość budynku lotniska).

 

 

Wreszcie nasza ekipa w liczbie pięciu osób (Mateusz, Piotr, Paweł, Marcin i ja) wyruszyła w pierwszą polarną podróż, czyli w przejście na miejsce noclegu w odległości ok. 200m do obozu ‘Longyearbyen Camping’…

Jest to miejsce, które szczyci się mianem ‘najdalej na północ wysuniętego kempingu w Europie’ i przez swoją lokalizację w pobliżu lotniska jest miejscem w miarę bezpiecznym, jeżeli chodzi o obecność niedźwiedzi polarnych…   

Sam bytując przez kilka dni w tym miejscu w okresie wczesno wiosennym dwa lata wcześniej miałem możliwość obserwacji piękna ‘dnia polarnego’ i zażycia kąpieli w Morzu Grenlandzkim w ramach przystąpienia do grupy ‘Arctic Naked Bathing Club’. 

 


 

Wracając jednak do naszej wyprawy, następnego dnia udaliśmy się do miasteczka w celu załatwienia niezbędnych formalności. Ponieważ byłem już tam wcześniej, byłem co nieco zaznajomiony z prawami rządzącymi się tą ‘Dziką Północą’, ale tak jak resztę na wstępie uderzyła mnie obecność broni palnej niemalże u każdego tubylca…

 

 

Jednakże było to oczywiście zderzenie różnych mentalności w miejscu, gdzie życie codziennie jest opatrzone pewnym nieustannym zagrożeniem ze strony świata przyrody. Determinuje to oczywiście pewną obecność środków profilaktycznych, takich jak naturalna obecność broni w funkcjonowaniu codziennym… Pomijając te filozoficzne wywody, pierwszy kontakt z tym miejscem może wywrzeć na przyjezdnym dość ciekawe wrażenie ‘niecodzienności’ – szczególnie, gdy w mieście spotka się osobę z bronią 🙂

Niemniej, wszyscy mieszkańcy i przyjezdni są zobowiązani zostawiać broń przed wejściem do sklepu, a podczas pobytu w mieście broń nie może być naładowana.

Po dotarciu do miasteczka odwiedzamy sklep, gdzie w pierwszej kolejności chcemy wyposażyć się w główną ochronę przed misiami (tu mała uwaga – wypożyczana w sklepie broń ma służyć jedynie celom ochrony i obrony, nie zaś polowaniom na niedźwiedzie polarne, każde przymusowe zabicie zwierzęcia jest skrupulatnie weryfikowane). Spotyka nas tu pierwsza niespodzianka – pracownik sklepu po weryfikacji otwiera sejf i ku naszemu zaskoczeniu wyciąga… starego mausera z rocznika 1942! 

*W tej krainie dominuje piękne i niezwykle przystosowane zwierzę, a zabicie każdego osobnika osłabia możliwości przetrwania tego gatunku, co skutkuje niepowetowaną stratą w obrębie populacji.

Niemniej, spotkania z niedźwiedziami rzadko kończyły się dla ludzi szczęśliwie. Stąd też tamtejsze prawo dopuszcza zabicie niedźwiedzia, muszą jednak wystąpić określone okoliczności uśmiercenia danego zwierzęcia – zagrożenie życia ludzkiego musi zostać udowodnione.

Po krótkich wyjaśnieniach okazuje się, że taka broń była pozostawiona masowo po II wojnie światowej i  jest jedną z najbardziej użytecznych w tych warunkach – prosta budowa (jedyna część ruchoma to zamek) umożliwia szybkie osuszenie w przypadku kontaktu broni z wodą lub kondesacji pary wodnej wewnątrz. Poza tym kaliber wystarczał, aby w razie konieczności obronić się przed misiem polarnym. (Tu moja osobista uwaga – niedźwiedzie polarne są pięknymi i majestatycznymi zwierzętami, które dodatkowo są gatunkiem ginącym, więc każda informacja o ich ewentualnym skrzywdzeniu nie bardzo podnosiła naszą ekipę na duchu).

Po załatwieniu wszystkiego co trzeba w sprawie wyposażenia obronnego, określiliśmy sobie pewien czas na prywatne zakupy. Ja osobiście dokupiłem sobie do wyposażenia botki puchowe, bowiem niestety mój patent na podwójne skarpety wełniane i kroksy został szybko zweryfikowany, zarówno przez temperatury podczas pierwszego noclegu jak i moje ustawiczne słabe krążenie w stopach…

W międzyczasie w jedynym centrum handlowym w mieście spotykamy… dwie Polki, które właśnie wróciły z trasy podobnej do tej, którą planujemy my, one jednak miały po drodze pewne przygody – w połowie trasy zapchał im się palnik od maszynki, a pod koniec jedna z nich straciła wiązadło do narty i musiała pozostałą drogę przebyć pieszo w butach narciarskich, którym do wygody spacerowej jest wysoce daleko…

Po tych wszelkich formalnościach wyruszamy wreszcie poza miasto.

 

 

Tak naprawdę od tej chwili nasza wyprawa przyjęła miano ‘rutynowej rutyny’.  Począwszy od pierwszego noclegu  po ostanie dni dominował taki sam schemat: pobudka rano, topienie śniegu pod śniadanie i obiad, w międzyczasie suszenie śpiworów i ubrań z potu, wyruszenie w trasę, postój na obiad (ciepły, bo pochodzący z termosu obiadowego), dotarcie na miejsce noclegu, założenie obozu (poza rozbiciem namiotów również zabezpieczenie terenu wokół), topienie śniegu pod wieczorną herbatkę (mino, że brzmi to jak nonszalancja brytyjska, taka herbatka była nadzwyczaj ważna w takich warunkach ;). Tak naprawdę zmienną były niesamowite krajobrazy… 

 

 

Na naszej trasie punktem pewnego powrotu do cywilizacji okazała się górnicza rosyjska miejscowość Barenstburg, gdzie po kilkudniowej wędrówce skusiliśmy się na ciepły obiad i dwugodzinny godzinny pobyt w ‘cieplarnianych’ warunkach miejscowej restauracji.  

 

 

Następnie ruszyliśmy w drogę powrotną do Longyearbyen. Tutaj popełniłem błąd, który zaważył na stanie wizualnym mojej facjaty – podczas wędrówki nabrzeżem morskim nałożyłem kominiarkę, a wilgotne powietrze morskie i własny oddech dokonały reszty zniszczenia….

Po ponownym dotarciu na nasz pierwszy punkt noclegowy (Camping Longyearbyen) pozostało nam się przepakować i przejść na lotnisko. Dopiero w cieple sali odpraw mrowienie i komentarz Mateusza – ‘Twój nos wygląda nie najlepiej’ – uzmysłowiły mi, że doznałem odmrożenia części twarzy, a jak się okazało dopiero po powrocie do Polski, 3-go stopnia odmrożenia nosa i 2-go policzków… 

Niemniej, taki uraz nie wpłynął w żaden negatywny sposób na odczucia ‘powyprawowe’. Wspaniałe krajobrazy, ogromne bezludne przestrzenie, dzikość i pewna doza prymitywnej niepewności w kontakcie z dziką przyrodą pod postacią króla Arktyki (niedźwiedzia), a także przezwyciężanie własnych słabości, przynajmniej odrobinę umożliwiały przybliżenie sobie tego, co odczuwali na przykład nasi polarnicy lub osoby innych nacji związane z funkcjonowaniem w takich warunkach…

P.S. Odnośnie do stanu mojej twarzy, po powrocie miałem pewne obiekcje przed udaniem się do lekarza, albowiem cała wyprawa miała miejsce w kwietniu, więc obawiałem, się, że nikt mi nie uwierzy, że doznałem odmrożenia twarzy w tym dość ciepłym czasie…