Jan Szajowski (Prezes): 508 231 617
Paweł Goleman (Zawadka): 607 062 886
kontakt.skpb.lublin@gmail.com

Mont Blanc (2007)

Mont Blanc (2007)

Poniżej znajdziecie relację opowiadającą o wyprawie na Mont Blanc w 2007 roku, w którym brało udział trzech członków naszego Koła: Jerzy Wnuk, śp. Tadeusz Janas i Adam Wnuk. Wyprawa, jak całe SKPB, miała charakter wielopokoleniowy 🙂 

Autorem relacji jest Adam Wnuk.

 

Mont Blanc 24.VIII – 2.IX.2007

         O samej wyprawie we francuskie Alpy wiedziałem już wiele miesięcy temu, gdyż mój ojciec, Jerzy, wraz ze znajomymi planowali tę eskapadę od dawna. Ja miałem w tym czasie być gdzieś w Pirenejach, ale że w ostatnim momencie okazało się, że Hiszpania w tym roku nie będzie mi dana, zatem na początku sierpnia zostało postanowione, iż będę w grupie, która spróbuje zaatakować „Dach Europy”. Szybkie uzupełnianie moich informacji o tamtym terenie, zbieranie potrzebnego sprzętu i byłem gotowy do wyjazdu.

24 i 25 sierpnia 2007
        
Po wielu dziwnych zawirowaniach i przeciwnościach losu wyruszyliśmy 24 sierpnia razem z tatą z Lublina do Leżajska, gdzie spotkaliśmy się z Tadeuszem (kierownikiem wyprawy) i pojechaliśmy wspólnie do Rzeszowa. Tam byliśmy umówieni z resztą ekipy: miejscowymi Danusią i Łukaszem, Piotrkiem z Dynowa, Jankiem
z Jarosławia oraz Marianem, naszym kierowcą busa. Po upakowaniu się wyruszyliśmy ze stolicy podkarpackiego po godzinie 18., aby przez prawie całą Polskę, Niemcy, Francję i Szwajcarię dotrzeć do Chamonix dnia następnego w godzinach wieczornych. Szybkie w założeniu poszukiwanie campingu okazało się nie takie szybkie, gdyż informacja turystyczna była już zamknięta, a miejscowi jakoś dziwnie bali się tych, co używali języka „z Wysp”. Ale nie ma rzeczy niemożliwych i w lekkiej już szarówce rozbijaliśmy swe namioty, aby potem zjeść pierwsze na tym wyjeździe zupki chińskie rodem z Polski. A camping okazał się „5cio gwiazdkowy”, tj. z kranami z wodą co 20 m, dużą ilością toalet (czyściutkich), pryszniców z ciepłą wodą, lustrami, a nawet z gniazdkami, tak jedno- jak i trójfazowymi.

26 sierpnia 2007
        
Wstaliśmy w miarę wcześnie rano, pogoda na zewnątrz naprawdę rewelacyjna i powoli dociera to, że jesteśmy w Alpach.
Za namiotem piękna ściana z lodowcem, ciągnąca się przynajmniej 2000 m do góry. Oczy przekazują radość wprost do duszy, ale po sprawdzeniu pogody w centrum informacyjnym okazuje się, że nie będzie tak wesoło. W środę, a nawet wtorek w nocy ma być już załamanie pogody. Zatem zmieniamy pierwotne plany aklimatyzacyjne (rezygnujemy z Aiguille du Midi) i od razu z namiotami postanawiamy dojść jeszcze tego samego dnia do schroniska przy Glacier Tête Rousse na 3200 m n.p.m. Wyruszamy zatem busem do pobliskiego Les Houches (jak się później okazuje nie [les hoczes] tylko [le żuus] czy jakoś tak (chyba raczej [le zuusz] – przyp. red.)). Tam dość długo, ale skutecznie czekamy na wagonik kolejki Telepherique les Houches-Bellevue, która wywozi nas na 1801 m (12,70 € w dwie strony, w jedną 10,50 €). Podziwiamy pierwsze widoki całkiem różnorakie: z jednej strony białe szczyty wysokich Alp, z drugiej zielone połacie, jak w Tatrach Zachodnich, a jeszcze z innej hmm… takie skaliste cuda! 😉

Potem wsiadamy w kolejkę szynową Tramway du Mont Blanc (13,50 € w dwie strony) i jedziemy malowniczą trasą na 2372 m – le Nid d’Aigle. W kolejce, która kursuje z miasteczka St-Gervais-Les-Bains tłum ludzi, ale na szczęście większość z nich jedzie tylko po to, żeby po godzinnym posiedzeniu „na górze” powrócić w doliny. My z ciężkimi plecakami wypchanymi jedzeniem na kilka dni, ubraniami, czekanami, rakami itp. kierujemy się do góry. Te plecaki jakoś tak dziwnie duże w porównaniu do plecaczków innych wędrujących… czyżby dlatego, że tylko Polacy noszą jedzenie i namioty na górę? Ech, te €! Po kilku godzinach przechadzki po szlaku, chyba nie różniącym się od tych w Tatrach, docieramy pod schronisko i rozbijamy namiociki. Nasz ukochany złocisty napój o kubaturze 0,33l po 4,60 naszej przyszłej waluty… :-/ ale ciężko jest sobie odmówić. ;-).
         Wieczorkiem spotykamy TOPR-owca, który jutro ma atakować szczyt i wysłuchujemy wszelkich możliwych porad. Postanawiamy zostawić następnego dnia namioty, w nich część jedzenia i ubrań. W namiotach tego dnia śpią właściwie tylko Polacy, Słowacy, Czesi i chyba jedna ekipa Francuzów, reszta w schronisku za 20 € (burżuje, sobie myślę…). Wczesnym wieczorem kładziemy się spać, aby wstać następnego dnia o 5:30.

27 sierpnia 2007
        
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy i z nieco lżejszymi plecakami poszliśmy w poniedziałek rano na najtrudniejszy odcinek podczas naszego wyjazdu. Do przejścia w linii prostej jakieś 900 m

i 600 m podejścia.
         Tu już raki poszły w ruch, doszliśmy do „kuluaru spadających kamieni” czyli „rolling stones’ów”. Dla wyjaśnienia: jest to taki żleb 50 m szerokości, którym co jakiś nieokreślony czas i przez nieokreślony czas lecą z góry kamienie z niesamowitą prędkością. A kamyczki od cm sześciennego do podobno wielkości lodówek. Jest tam poręczówka, do której można się przypiąć, ale trzeba mieć lonżę przynajmniej 3 m i tak sobie myślę, że jak kamień taki trafi, to i tak na nic się to zabezpieczenie przyda. Ogólnie lepiej jest to miejsce przechodzić wcześnie rano, jak zbocze jest jeszcze zmrożone po nocy i mocniej trzyma się „kupy”. Zastanawiające jest to, że te kamienie tak lecą i lecą, a góra ciągle jak stała, tak stoi…

Na szczęście nie było jakiś niefortunnych zdarzeń, ale też nie obyło się bez pokazu możliwości grawitacji w tymże miejscu. W każdym razie nikt nas nie bujał, co do tych ruchów materii.
         Dalej czekał nas pierwszy odcinek poręczówek całkiem łatwych, ja np. nie czułem potrzeby wpinania się. Dalej w górę, w górę i w górę po skałkach z plecakiem. Męczące, ale dające satysfakcję za każdym razem, jak się odrywało wzrok od ściany… Widoki, jakich ja jeszcze nie miałem okazji podziwiać (no i w tej kwestii to już przez cały wyjazd tak było 😉 )! Ostatnie 100 m w pionie, to też poręczówki i trochę lodu, a na samej skarpie tłumek ludzi i schronisko Refuje de l’Aig du Goûter na 3800 m. Tutaj zaklepujemy miejsce jedyne możliwe, czyli na podłodze w jadalni za 25,40 € – tyle samo, co i w pokoju, no, ale lepiej tak, niż na dworze. Trochę odpoczywamy, coś jemy, pijemy herbatkę i już na lekko spięci liną idziemy na jakieś 4100 m, żeby nałapać czerwonych krwinek i chociaż spróbować oszukać organizm, że aklimatyzacja odbyła się. Przy okazji trenujemy różne pady, asekuracje i tego typu rzeczy z nadzieją, że nic z tych rzeczy nie będzie musiało być wprowadzone w czyn w najbliższych dniach. Na wieczór schodzimy do schroniska. Kolacja, spakowanie plecaków na atak szczytowy i kładziemy się spać ok. 21., aby wstać tuż przed 2. w nocy dnia następnego. Niestety, niektórym ciężko było spać, brak przystosowania do wysokości robiło swoje. Zdarzały się brak apetytu, bóle brzucha, głowy i częstsze niż zazwyczaj odwiedziny toalety. A jak już przy temacie, to w kabinach przy schronisku pod Goûterem prawie ciągle panuje odwrotny kierunek grawitacji. Panowie mają średni problem, bo są pisuary, natomiast jeśli chodzi o płeć piękną, to nie mam pojęcia, jak to tam się odbywa, ale pierwszy z naszej ekipy, który „korzystał” i jeszcze nieświadomy, wychodząc z przybytku twarz miał „jakby mokrą”. 😉

28 sierpnia 2007
        
Pobudka dość brutalna o 1:45 światłem w oczy, gdyż

o 2. w nocy jest wydawane śniadanie tym, co sobie je zamówią dnia poprzedniego. Chociaż z tego, co zaobserwowałem tego dnia obsługa jakoś nie wstała i do prawie godziny 3., kiedy to opuściłem schronisko ludzie mocniej niż zazwyczaj pukali w drzwi pokoju „Prive”. Według prognoz z dnia poprzedniego miało być bezchmurnie, aż do południa, a załamanie pogody dopiero gdzieś z wtorku na środę. Niestety, na zewnątrz w górze tylko chmury, a w dole światła z domów, z doliny Chamonix. Ciepło w miarę było, wiatr niezbyt silny. Człowiek, który spał w samym śpiworku na zewnątrz, przemiły zresztą Francuz, stwierdził, że atakuje szczyt już 4-ty raz (3 poprzednie z powodzeniem) i zawsze było tak samo tu „na dole”, a jak już dochodziło się na szczyt, to było sporo przebłysków słońca. Tak, że to, wychodzące inne grupy i niesamowita chęć zdobycia szczytu (bo jak nie teraz, to kiedy?) przekonała nas, że idziemy. Stworzyliśmy dwie grupki 4-ro i 3 osobową. Wpięliśmy się w liny i ruszyliśmy na podbój.

         Na początku szło nieźle, po godzince doszliśmy do szczeliny, gdzie ścieżka rozchodziła się na dwie strony. Jedna możliwość, to dalej wzdłuż szczeliny, a druga tnąca szczelinę w poprzek. Gdy zastanawialiśmy się nad wyborem właściwej drogi napotkał nas ?????? schodząc niepewnie i samemu zbyt niebezpiecznie. Po tym wyjeździe wiem, że ścieżki na lodowcu, to rzecz święta i lepiej, żeby były przetarte przez kogoś, trochę egoistyczne ale bezpieczne. W międzyczasie dogoniła nas spora ekipa z dołu (ponad 20 osób) i poszła w poprzek szczeliny. Wiele nie myśląc, poszliśmy za nimi. Maszerowaliśmy dziarsko, jak na nasz stan osobowy i wysokość już powyżej 4000 m n.p.m. Gdzieś w okolicach godz. 5:30 (dokładnie nie pamiętam:-/) dotarliśmy do schronu Vallot 4362m. Taki blaszak, w którym czuć chyba wszystkim! Zapewne jest to spowodowane „atrakcjami” choroby wysokościowej. Ale wg mnie np. było jeszcze czuć jakieś stare piwo i bliżej nieokreślone wonie. 😉 W jakichś relacjach czytałem, że są tam koce… No, koce są, owszem, NRC podarte i rozsypane po całej podłodze oraz jeden koc w kącie, którego bym nie tknął przez kija. 😉 W środku sporo ludzi, ale większość to już Ci, którzy idą na dół albo rezygnują z kolejnych metrów. Po jakichś 30 min., herbatce i innych słodkościach ruszamy dalej. To już jest moment, kiedy aby zgiąć rękę trzeba złamać kurtkę w rękawie. Ciągła mgła, a raczej chmura, ujemna temperatura i wiatr pięknie dekorowały nas dosłownie po całości!

Brnęliśmy do góry, ile sił w nogach i płucach. Od wysokości jakieś 4500 m mijały nas grupki schodzące w dół, my nie omieszkiwaliśmy pytać, ile jeszcze przed nami, ale odpowiedzi zawsze były różne. No nic, nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Tak, że dalej, aż do samej góry, to 30 kroków i minuta przerwy, 30 kroków i przerwa, i tak do końca, do godz. ok. 8:45 i wys. 4810 m n.p.m.

          Wbrew oczekiwaniom, na szczycie pogoda się nie różniła od tej, co po drodze, tylko mocniej wiało (w schronisku później dowiedzieliśmy się, że było poniżej -10 stopni C i wiatr 50-60km/h, tak, że ciepło, bo chmury. Dnia poprzedniego było bezchmurnie, -20 st. C i 70km/h). Kolejny zawód, to fakt, że na szczycie nie ma żadnego krzyża, obelisku, czy czegokolwiek w tym rodzaju. Kilka fotek, póki palce się ruszają jeszcze, i w dół. Droga żmudna i powolna, nie wiem jak inni, ale u mnie w głowie jeszcze klapka się nie przestawiła i nie docierało, że byliśmy na szczycie. Po drodze spotkaliśmy jeszcze dwójkę ludzi idących na szczyt. Czy go zdobyli? Nie wiemy… Po jakimś czasie dotarliśmy do Vallota, tu już nikogo nie było. Część z nas była mocno wyczerpana, ale łyk krupniku postawił każdego na nogi. Już mieliśmy wyruszać, a tu bach, piorun!… No, to fajnie, mamy burzę na zewnątrz. Posiedzieliśmy 15 min., niby przeszło. Ale ciągle pada, tylko jak to nazwać? Taka kasza, styropian, niby śnieg, a twardy jak grad. Miecie to w człeka po mordzie jak tylko, ścieżka zasypana, nic nie widać, zrobiło się nie fajnie! Ale sposób się znalazł: czekanem, czy rakiem można wyczuć, gdzie twardo, tam i ścieżka najprawdopodobniej jest, do tego mapa, kompas i ruszyliśmy powoli, zresztą szybko się nie dało, bo prawie cały czas wiało w twarz, a takiego masażu gradowego, to chyba nikt by sobie nie życzył. Raz czekaliśmy, aż troszeczkę wiatr się uspokoi, to przez jakieś 10 min. buty z rakami zniknęły mi pod warstwą napadanego śniegu. Do tego dołączyły się pioruny, więc musieliśmy ruszyć. Kierunek co chwilę sprawdzany na kompasie, metoda na twardość ścieżki jakby się sprawdzała…

         Po jakimś czasie spotkaliśmy dwoje ludzi idących do góry, do Vallota! Myślę sobie, co do cholery oni robią?! Ale co tam, ich sprawa. My wiemy tyle, że oni wyszli z Goûtera, zatem idziemy dobrze, oni też jakby zadowoleni, że idą dobrze. Ruszyliśmy ich śladami, ale po 10 m już były zasypane. Na szczęście 20 min. później zrobiło się okno w chmurze, burza się uspokoiła i zobaczyliśmy w dali grzbiecik, za którym utęsknione schronisko. Dalej to już tylko powolne zejście. Doszliśmy, w środku pusto…No tak, pogoda lipna, to i ludzi nie ma. Dziś jeszcze mieliśmy zejść do naszych namiotów, ale w taką pogodę nie było mowy, zatem znowu 25,40 € „w plecy”, ale tym razem już w pokoju. Do końca dnia dochodziliśmy powoli
do siebie, z nadzieją na lepszą pogodę w dniu jutrzejszym. Nikomu jeszcze nie pisałem, że zdobyliśmy szczyt, bo przed nami najgorszy jeszcze kawałek drogi po skałach 600 m w dół. W każdym razie poszliśmy nawet spokojnie spać.

29 sierpnia 2007
        
Obudził mnie nie żaden słodki całus, przyjemny zapach jajeczniczki, kawki, czy czegokolwiek miłego, a wycie wiatru na zewnątrz… Ale lipa! No, to leżymy w łóżkach, jakby uwięzieni na górze. Góra wpuściła, ale wypuścić nie chce! A myślałem, że jak szybko zaliczymy Blanca, to zdążę do Polski na wesele przyjaciela. No cóż, było inaczej. Wynudziłem się w łóżku, jak tylko, ale z czasem pogoda się poprawiła i nawet słońce wyszło.

         Nie wiem, czy to był dobry manewr, ale zrobiłem z góry na zoomie zdjęcie schroniska na 3200 m. Jak je obejrzałem, to było jasne: naszych namiotów nie ma! Ha, świetnie! Takie fajne namiociki były. Jak to mówią: jak nie urok, to sraczka. Ale nadal większym problemem było, jak zejść na dół po tej skale w taką nie fajną pogodę. Jedyne, co poprawiało humory, to niektóre wpisy do księgi gości w schronisku. Co prawda, trochę czarny humor, ale jeden wpis Polaków pozwolę sobie przytoczyć… mniej więcej coś takiego: „Siedzieliśmy tu w namiotach 4 dni, czekając na poprawę pogody. Po 2 dniach patrzenia w sufit namiotu psyche całkiem siada. Zasypało nas na 1,5 metra śniegiem, a potem w to wszystko walnął piorun.”

         No tak, to niby u nas nie tak źle, nawet szczyt zdobyliśmy. Tylko teraz zejście, niby się poprawiło, więc postanawiamy iść. Padło na mnie, że teraz moja kolej do niesienia liny. A ta, po tym pięknym szroniku na szczycie, ważyła teraz nie 4,5 kg ale jakieś 7-8 kg + cały plecak. (Ale nadal twierdzę, że plecak, to Twój najlepszy przyjaciel
w górach…żeby nie było.) Jak się ubraliśmy, raki naciągnęliśmy, bo przecież teraz całe 600 m ściany w śniegu i, jak się okazało za chwilę, również oblodzone uprzęże itp., wyszliśmy na dwór. Pierwszy Janek podpiął się pod poręczówkę i… bach! Znowu chmura, znowu zaczyna kasza padać, damn man, co się dzieje?! Ale poszliśmy w dół. Za 10 min., to już nie tylko padało, ale i waliło piorunami! A my te czekany na plecakach, jak piorunochrony mamy, podpięci wszyscy do stalowej poręczówki – piękne rzeczy, piękne!… W którymś momencie Łukasz, który szedł na końcu i był najwyżej stwierdził, że się poczuł, jakby rękę do gniazdka włożył, ale na szczęście to były jakieś minimalne szczątki z wyładowania. Póki były poręczówki, człowiek miał się czego jeszcze jako tako trzymać i niby komfort psychiczny był,
że jakby co, to przecież jest się wpiętym i daleko się nie poleci. Jak się skończyły poręczówki i zaczęła się skała oblodzona, przysypana śniegiem, do tego ciągły wiatr i ta kasza – wrrr! (chociaż potem stwierdziłem że fajnie twarz myła, bo jak się szło zakosami, to raz pod wiatr, wtedy wszystko siadało na gębie, potem się człek odwracał i to wszystko tak miło topniało i spływało 😉 ) było całkiem „w dekiel”! Brak pewnych chwytów, ciągła ekspozycja, wywracający wiatr
(przez to niejedna osoba ma podarte rakami spodnie).

         Gdzie się dało, to ratowaliśmy się robiąc stanowiska, lina szła w ruch i powoli, spokojnie, z rozwagą (jeśli może być tu jakaś rozwaga w tym wszystkim) szliśmy na dół. W międzyczasie wszystko przemokło (a rękawice przecież „wodoodporne”), ponawiewało śniegu pod kurtki, plecaki przemiękły – samo miłe! ;-). W końcu wydostaliśmy się z poziomu chmur i zrobiło się jakby lepiej. Dalej spokojnie w dół do kolejnych poręczówek, które to już były przy Rolling Stonesach. Tym razem nie leciały kamyczki, ale nie było ścieżki przez śnieg, więc nie dało się tamtędy przebiec, tylko każdy „stopień” spokojnie „wystukać” rakami w śniegu. Za kuluarem byliśmy już spokojni o siebie i innych, i zdrowie. Teraz jeszcze ze 150 m w dół po śniegu i szukanie namiotów. Okazało się, że jeden przetrwał, tylko się złożył, jeden odfrunął nie wiadomo gdzie, przepadł całkowicie, a mój był jakieś 500 m dalej, na grani za lodowcem, podarty i niezdatny do użytku. Co ciekawe, rzeczy, które były w środku dziwnym trafem zostały na miejscu namiotu. Albo dostały nóg, pootwierały zamki i same wyszły z wewnętrznej komory, albo ktoś im pomógł. W każdym razie lekkie pieczywo Wasy nie odfrunęło. Ha! To ci zagwozdka!
         Ale cóż, przespaliśmy się w schronisku, jak te burżuje, o których wspominałem, za 20 € i w końcu można było napisać SMS-y, że Mont Blanc zdobyty!!

30 sierpnia 2007
        
Dziś „tylko” zejście na dół do kolejki zębatej. Tylko, bo nieźle sobie obtłukłem, przemroziłem, czy cokolwiek zrobiłem
z paznokciami w stopach, że bolały mnie niewypowiedzianie, wyrażając to też przez swój pięknie siny kolor. Istna masakra! Ale paznokcie odrastają, tak, że nie ma co narzekać, to niewielka cena za wszystkie przygody. Teraz na dół do tramwaju, potem kolejką linową do Les Houches i pan Marian odwozi nas do Chamonix, gdzie szukamy najtańszego noclegu pod dachem, bo przecież nie mamy namiotów… W informacji turystycznej powiedziano nam gdzie, za ile (12 €), dali mapę, jak trafić i ogólnie kompleksowo obsłużyli. Nocleg przyjemny, pokój cały dla naszej ekipy, prysznic 5-cio minutowy za 0,70 €, kuchnia także full wypas. Wieczorkiem na miasto i piwo, co by uczcić powodzenie wyprawy.

31 sierpnia 2007
        
Tego dnia postanowiliśmy chociaż z daleka zobaczyć Mont Blanc, skoro nie wiedzieliśmy go z całkiem bliska. Zatem wyjechaliśmy kolejką na drugą stronę doliny, na szczyt Brevent

2525 m (15 € w jedną, 20 € w dwie strony). Tam sporo chmur, ale też sporo „okienek”, tak, że zdjęć napstrykaliśmy i spokojny spacerek wzdłuż grzbietu aż do Les Houches. Dzionek miły, rekreacyjny, eliminujący ewentualne zakwasy w nogach.

1 września 2007
        
Ten dzień, to wjazd na Aiguille du Midi 3842 m kolejką (37 €
w dwie strony). Piękna pogoda, widoki wymarzone. W dole Chamonix, w międzyprzestrzeni morza chmur, powyżej góry, góry
i góry. Mont Blanc, a jakże, pięknie widoczny, wiaterek malusieńki, cieplutko. Z daleka pooglądaliśmy naszą trasę na szczyt ze schroniska pod Goûter przez l’Aig du Goûter 3863, dalej Dôme du Goûter 4304, schron Vallot 4362 m i Mont Blanc 4810 m n.p.m.

Podziwialiśmy Mont Rose 4617 m i wiele, wiele innych szczytów, przełęczy, dolin, lodowców.

         Na Aiguille du Midi ludzie sobie oglądają, odpoczywają, wychodzą na trasy skałkowe, startują na paralotniach, wyruszają na Mont Blanc z „drugiej” niż my strony, jeżdżą na nartach, oglądają brzuchy samolotów, albo ich grzbiety i robią wiele innych rzeczy :-).

         Jak się nasyciliśmy widokami, zjechaliśmy na dół, obiadek i w busa do domu. Wyjechaliśmy o 17:20, żeby być w Lublinie jakoś po 18. Po drodze nie odmówiliśmy sobie golonki w „Taurusie” przy Tarnowie. A wrażenia z wyprawy na całe życie zostaną, a jak już pamięć zaniemoże, to są zdjęcia.